poniedziałek, 30 maja 2011

porażka.

Najświeższe z cyklu "zachody słońca". Chyba najczęściej fotografowany przeze mnie obiekt;)



Dobry nastrój prysł jak bańka mydlana. Znów została brutalnie sprowadzona na ziemię. Przecież na pozór nie obchodzi ją to, że znowu coś się nie udało. To nic, że każda kolejna porażka odciska na niej swoje piętno. „Każdy ma prawo mieć gorszy dzień”. Ale gdy się ma go codziennie? Nie jest fajnie. Mimo że się stara, to nie wychodzi. Wręcz im więcej wysiłku wkłada, tym jest gorzej. Znajdą i wyrzucą jej każde najmniejsze potknięcie. A ona? Czuje się coraz mniej warta. Przecież nic nie robi wystarczająco dobrze. Ba! Wszystko robi nie tak. Rozczarowuje po raz kolejny najbliższych. Czasami ma ochotę po prostu schować się przed światem, by nie widzieć ich wzroku pełnego wyrzutu i niedowierzania. Zapaść się pod ziemię. Nikogo więcej nigdy nie zawieść. Innym razem chce im wszystkim wykrzyczeć w twarz co sądzi. Ale nie zrobi tego. Będzie szukać pocieszenia w nic nieznaczących błahostkach. Z kubkiem gorącego kakao, obwinięta ulubionym kocem, z ukochanym pluszakiem w objęciach, znów będzie starała się sobie wmówić, że wszystko będzie dobrze. A słone łzy będą spływać jej po policzkach wyrzeźbionymi już bruzdami…

Wszystkim, którzy uważają, iż warto to pisać i że jest to "ciekawe" .

niedziela, 29 maja 2011

upadek.

Uroczyście obiecuję, że po raz pierwszy i ostatni wykorzystuję cudze zdjęcie. Ale to musiał być bez! A że takowego zdjęcia nie posiadałam, a bez przekwitł, nie miałam wyjścia ;( Wybaczcie.


Szła. Bardzo powoli. Ostrożnie, by przypadkiem nie potknąć się o jakąś zbłąkaną mrówkę. Pierwsze promienie słońca zaczynały się odbijać w kroplach rosy na trawie pod jej stopami. Nagle dotarł do niej zapach bzu. Zaczęła iść szybciej. Biegła. Uciekała. Potknęła się. Raz. Drugi. Trzeci. Wycieńczona upadła. Lecz bez nadal pachniał. Coraz bardziej intensywnie. Po długiej chwili wahania wstała i skierowała swe kroki ku źródłu zapachu. Zatrzymała się przed ogromnym krzakiem bzu o kwiatach barwy intensywnego fioletu i ich jeszcze intensywniejszej woni, którą się głęboko zaciągnęła. Zaczęła drżeć na całym ciele. Od porannego chłodu? Wysiłku? Wspomnień? Wyciągnęła drżącą rękę z zamiarem zerwania jednej z gałązek. Nie, nie powinna. Cofnęła rękę. Przecież nic się nie stanie. Gwałtownym ruchem ją zerwała. Powąchała ją raz jeszcze, raz jeszcze chciała poczuć ten zapach. Przyłożyła ją do policzka, smagając go delikatnymi płatkami. Zalała ją lawina wspomnień, które tak długo starała się od siebie odepchnąć. Teraz już za późno, wszystko, co w sobie tak długo tłamsiła znalazło ujście, sprowokowane tym niewinnym zapachem. A tak się starała. Przecież perfekcyjnie udawała,że wszystko jest ok. Powoli wszyscy jej uwierzyli. Sama chciała w to wierzyć. Chciała być szczęśliwa. Czy to jej wina, że nie potrafiła?Wiedziała, że jej nie chciał. Wiedziała od samego początku, mimo to brnęła w to dalej. Do czasu gdy usłyszała te słowa wypowiedziane lodowatym szeptem. Nie. Chciał. Przecież wiedziała. Więc dlaczego te głupie łzy cisną się jej do oczu? Dlaczego mimo to cierpi? Dlaczego nie potrafi zostawić tego za sobą i pójść dalej? Przecież chce, nieporadnie stawia pierwsze kroki. Ale upada. To ją przygniata. Znów czuje się mała. Słaba. Nieważna. Nic nieznacząca. Nic nie warta. Ale się nie poddaje. Przecież oni potrzebują jej uśmiechu, wygłupów, chorych akcji. Potrzebują jej. Ich nie może zawieść. To oni są jej siłą, choć uparcie nie chcą tego przyznać, mówiąc, że to ona jest ich promykiem. Da radę podnieść się i pójść dalej, prawda? Dla nich. Dla nich zrobi wszystko. Dlatego, że są. Są z nią, tuż obok, zawsze blisko, na wyciągnięcie ręki. Oni jej nie zostawią. A jej ‘ja’ w końcu powróci, radosne i uleczone. Dzięki nim. Dla nich. A gałązka bzu? Weźmie ją ze sobą by pamiętać.

sobota, 28 maja 2011

zagubiona.




Pustka. Próżnia. Pozorne wypranie z emocji. Maska. Próżnia to stan o najniższej energii. Brak sił. Wycieńczenie. Odkrycie się? Nie, nie może na to pozwolić. Musi trwać uwięziona w bezdennej głębinie własnych uczuć. Zagubiona w czasie i przestrzeni. Automatycznie przeżywająca dzień za dniem. Na zawołanie przybierająca uśmiech na twarz, by się przypadkiem nie zdradzić. By uniknąć zatroskanych spojrzeń i zbędnych tłumaczeń. Nie tego potrzebuje. Błaga o odrobinę energii, wewnętrznego ciepła, które rozgrzeje jej wiecznie zziębnięte kończyny. Nie chce zamarzać. Pragnie promieniować optymizmem, być Słońcem, czyimś centrum wszechświata. Ale wzór na grawitację nie działa. Error: niepoprawne przekształcenie! Szuka błędów na karcie swojego życia. Znajduje niedociągnięcia. Usilnie stara się je wymazać. Ale ciągle pojawiają się kolejne. Nadchodzi zwątpienie. Może nie tą drogą powinna kroczyć? Może czas zmienić kierunek? Tylko po co. Przecież to nic nie da. To nie wina obranej ścieżki. Problem tkwi przecież w jej braku konsekwencji. Nie potrafi wygrać z własnym sercem, mimo ciągłych lekcji od losu. Powinna bardziej się postarać, przyłożyć do nauki i przejść dalej. Skoro inni potrafią, ona też może. A przecież zawsze była ambitna, więc się nie podda. Będzie walczyć z własnymi słabościami, aż ją dostrzeże. Dlaczego oszukuje samą siebie? Przecież nigdy nie będzie idealna. Perpetuum mobile nie istnieje. Tak jak jej odbicie w czyichś stęsknionych tęczówkach.

czwartek, 26 maja 2011

Początek.

"Ale krok za krokiem, krok za krokiem niesie cię pozytywna myśl, że nie jest źle, że to wszystko ma jakiś sens."

Krok w przód. Gonitwa myśli, wspomnienia, przeżycia, refleksje, na które nie ma czasu i miejsca. Będą pojawiać się tu, w formie takiej czy innej 'radosnej twórczości własnej'. Popchnięta przez bliżej nieznaną siłę wypadkową zakładam tego bloga. Zaczynamy!;)