czwartek, 8 września 2011

.

Proponuję na nie kliknąć ;)

Rozwiane włosy. Zaróżowione policzki. Kropelki potu na czole. Zmęczone mięśnie. Kochała to. Mknęła przez pola, lasy, łąki, wioski, ścigając się z wiatrem. Chłonęła każdy najmniejszy szczegół wszystkimi komórkami swojego ciała. Szeleszczące liście. Ćwierkające ptaki. Cykające świerszcze. Rechoczące żaby. Ostatnie promienie słońca padające na jej ciało. Z każdą sekundą wieczorny chłód coraz bardziej opanowywał jej wilgotną od potu skórę. Mrok powoli zaczął ogarniać świat. Delikatna mgła leniwie otulała ziemię. Jeszcze tylko chwila. Ostatni rzut oka na niebo rozświetlone przez tysiące gwiazd i ogromną tarczę księżyca. Pełnia. Czeka ją kolejna bezsenna noc. Chwilę wytchnienia zakłóciły myśli o szarej codzienności. Nie na tyle jednak, by pogrążyła się w rozpaczy. Wieczór podziałał na nią kojąco. Choć na chwilę osiągnęła błogi spokój. Stan, który pragnęła zatrzymać na dłużej. Walczyła świeżo nabytymi siłami. Gorący prysznic i tym razem przyniósł ulgę mięśniom. Obmył z niepotrzebnych myśli. Składając głowę na poduszce nawet nie przypuszczała, że uda się prosto w objęcia Morfeusza.


Zdecydowanym ruchem odsłoniła roletę. Słońce właśnie wyłaniało się zza horyzontu. Skąpało wszystko w delikatnym świetle, rozpraszającym się w rannej mgle. Krople rosy niespokojnie drżały na źdźbłach trawy. Otworzyła okno. Poranek zachwycał feerią barw i dźwięków. Świat właśnie budził się do życia. Złociste słońce odbijało się w jej szklących oczach. Ciepły, a zarazem rześki podmuch wiatru ogarnął jej postać. Odgarniając zbłądzony kosmyk włosów, mimowolnie się uśmiechnęła.

czwartek, 11 sierpnia 2011

głupia.

Wakacyjne. Prosto z Paryża. Nietykane :)

Często robiła głupie rzeczy. Podejmowała nieprzemyślane decyzje. Była spontaniczna. Lecz nigdy niczego nie żałowała. Do czasu…  Jeden wybryk za dużo. Wyrzuty sumienia. Żal do samej siebie. Że nie potrafiła powiedzieć "Nie". Że jest słabsza niż sądziła. Lecz teraz już nic nie zmieni tego, co się stało. Nie będzie w stanie tego zapomnieć. Już wie, że za błędy płaci się najwyższą cenę. Ale uczy się oswajać ze wspomnieniami. To jedyna droga.


środa, 6 lipca 2011

początek?

 




Tak. Leczy się. Ze złudnych nadziei. Z naiwności. Z łatwowierności. Ze zbytniej ufności. Z tęsknoty. Z wyrzutów sumienia. Z bólu. Bo ludzie ranią. Najbliższe osoby potrafią zadać bolesny cios. Cierpi. Nie radzi sobie. Ale stara się. Chce nauczyć się z tym żyć. Pójść dalej, poza to w czym tkwi. Pragnie odmiany – tam, w środku. Więc walczy. Z każdą łzą cisnącą się do oczu. Z gwałtownym drgnieniem sera na dźwięk tego imienia. Z koszmarami dręczącymi ją co noc. O każdy uśmiech, który nie jest wymuszonym grymasem. O radosne iskierki w oczach. O spokój. Zaczyna od nowa coś w swoim życiu. Wyznacza sobie nowe zasady. Ognistorude włosy są symbolem metamorfozy. Wiarą, że wraz ze zmytym kolorem, powrotem do naturalnego blondu, wróci ona. Leczenie się skończy.
Tak. A teraz pomaluje paznokcie na czerwono.

czwartek, 16 czerwca 2011

the end.



Zawiedziona. Zdradzona. Oszukana. Rozżalona. Bezradna. Ale czy mogła zrobić coś więcej? Zbyt naiwna… Żyła nadzieją. Chciała wierzyć, że wszystko się zmieni. Znów zaufała. Dał jej słowo. Kolejny raz. Uwierzyła, bo przecież teraz miało być inaczej.Miał pełną świadomość tego, o co walczy. I przegrał. Ot tak. Po prostu dał się zwyciężyć. A może wcale nie walczył, tylko zwyczajnie się poddał? Może składane obietnice to tylko puste słowa? A może lepiej będzie, gdy ona nigdy nie pozna powodu jego upadku?
Telefon milczy jak zaklęty. Ona także. Nie weźmie go więcej do ręki, by wybrać ten numer. Nie tym razem. Ona dotrzymuje słowa. To właśnie ten moment, kiedy mówi ‘pas’. Coś się skończyło. Przyznaje to z bólem serca. Na nowo otwiera się raz zabliźniona rana. Ale zamknie się, tak jak pewien rozdział jej życia. Trzaśnie jego cholernymi drzwiami zamykając je za sobą raz na zawsze!
Huk.
Głucha cisza.
Teraz będzie żyć bez niego i jego problemów. Bo to nie jest tego warte…

poniedziałek, 6 czerwca 2011

bez szans.




Nigdy nie była pewna siebie. Lecz dziś i ta odrobina pewności, którą posiadała, została zdeptana. A może miała po prostu zbyt wygórowane ambicje? Skoro wystarczyło kilkanaście minut, by uwierzyła, że jej wysiłki nie są nic warte. Udowodniono jej, iż tylko jej się wydaje, że potrafi. Po raz kolejny. Więc po co się tak męczyć? Tracić czas i siły, skoro cel z góry jest skazany na niepowodzenie? Przecież inni wiedzą lepiej. To ona nie wie. Nie potrafi realnie ocenić swoich szans i umiejętności. To ona się ciągle myli. Zawsze ma nadzieję na więcej, niż powinna. Na coś, co jej się nie należy. A gdy nagle ktoś brutalnie sprowadzi ją na ziemię, ma łzy w oczach, przekleństwa na końcu języka, a w sercu poczucie zawodu. Bo znów nie była wystarczająco dobra.

Tak, wiem. Zdjęcie - straszne ziarno. Tekst - nadaje się do kosza. Ale dziś nic ponadto ode mnie nie wymagajcie...

poniedziałek, 30 maja 2011

porażka.

Najświeższe z cyklu "zachody słońca". Chyba najczęściej fotografowany przeze mnie obiekt;)



Dobry nastrój prysł jak bańka mydlana. Znów została brutalnie sprowadzona na ziemię. Przecież na pozór nie obchodzi ją to, że znowu coś się nie udało. To nic, że każda kolejna porażka odciska na niej swoje piętno. „Każdy ma prawo mieć gorszy dzień”. Ale gdy się ma go codziennie? Nie jest fajnie. Mimo że się stara, to nie wychodzi. Wręcz im więcej wysiłku wkłada, tym jest gorzej. Znajdą i wyrzucą jej każde najmniejsze potknięcie. A ona? Czuje się coraz mniej warta. Przecież nic nie robi wystarczająco dobrze. Ba! Wszystko robi nie tak. Rozczarowuje po raz kolejny najbliższych. Czasami ma ochotę po prostu schować się przed światem, by nie widzieć ich wzroku pełnego wyrzutu i niedowierzania. Zapaść się pod ziemię. Nikogo więcej nigdy nie zawieść. Innym razem chce im wszystkim wykrzyczeć w twarz co sądzi. Ale nie zrobi tego. Będzie szukać pocieszenia w nic nieznaczących błahostkach. Z kubkiem gorącego kakao, obwinięta ulubionym kocem, z ukochanym pluszakiem w objęciach, znów będzie starała się sobie wmówić, że wszystko będzie dobrze. A słone łzy będą spływać jej po policzkach wyrzeźbionymi już bruzdami…

Wszystkim, którzy uważają, iż warto to pisać i że jest to "ciekawe" .

niedziela, 29 maja 2011

upadek.

Uroczyście obiecuję, że po raz pierwszy i ostatni wykorzystuję cudze zdjęcie. Ale to musiał być bez! A że takowego zdjęcia nie posiadałam, a bez przekwitł, nie miałam wyjścia ;( Wybaczcie.


Szła. Bardzo powoli. Ostrożnie, by przypadkiem nie potknąć się o jakąś zbłąkaną mrówkę. Pierwsze promienie słońca zaczynały się odbijać w kroplach rosy na trawie pod jej stopami. Nagle dotarł do niej zapach bzu. Zaczęła iść szybciej. Biegła. Uciekała. Potknęła się. Raz. Drugi. Trzeci. Wycieńczona upadła. Lecz bez nadal pachniał. Coraz bardziej intensywnie. Po długiej chwili wahania wstała i skierowała swe kroki ku źródłu zapachu. Zatrzymała się przed ogromnym krzakiem bzu o kwiatach barwy intensywnego fioletu i ich jeszcze intensywniejszej woni, którą się głęboko zaciągnęła. Zaczęła drżeć na całym ciele. Od porannego chłodu? Wysiłku? Wspomnień? Wyciągnęła drżącą rękę z zamiarem zerwania jednej z gałązek. Nie, nie powinna. Cofnęła rękę. Przecież nic się nie stanie. Gwałtownym ruchem ją zerwała. Powąchała ją raz jeszcze, raz jeszcze chciała poczuć ten zapach. Przyłożyła ją do policzka, smagając go delikatnymi płatkami. Zalała ją lawina wspomnień, które tak długo starała się od siebie odepchnąć. Teraz już za późno, wszystko, co w sobie tak długo tłamsiła znalazło ujście, sprowokowane tym niewinnym zapachem. A tak się starała. Przecież perfekcyjnie udawała,że wszystko jest ok. Powoli wszyscy jej uwierzyli. Sama chciała w to wierzyć. Chciała być szczęśliwa. Czy to jej wina, że nie potrafiła?Wiedziała, że jej nie chciał. Wiedziała od samego początku, mimo to brnęła w to dalej. Do czasu gdy usłyszała te słowa wypowiedziane lodowatym szeptem. Nie. Chciał. Przecież wiedziała. Więc dlaczego te głupie łzy cisną się jej do oczu? Dlaczego mimo to cierpi? Dlaczego nie potrafi zostawić tego za sobą i pójść dalej? Przecież chce, nieporadnie stawia pierwsze kroki. Ale upada. To ją przygniata. Znów czuje się mała. Słaba. Nieważna. Nic nieznacząca. Nic nie warta. Ale się nie poddaje. Przecież oni potrzebują jej uśmiechu, wygłupów, chorych akcji. Potrzebują jej. Ich nie może zawieść. To oni są jej siłą, choć uparcie nie chcą tego przyznać, mówiąc, że to ona jest ich promykiem. Da radę podnieść się i pójść dalej, prawda? Dla nich. Dla nich zrobi wszystko. Dlatego, że są. Są z nią, tuż obok, zawsze blisko, na wyciągnięcie ręki. Oni jej nie zostawią. A jej ‘ja’ w końcu powróci, radosne i uleczone. Dzięki nim. Dla nich. A gałązka bzu? Weźmie ją ze sobą by pamiętać.

sobota, 28 maja 2011

zagubiona.




Pustka. Próżnia. Pozorne wypranie z emocji. Maska. Próżnia to stan o najniższej energii. Brak sił. Wycieńczenie. Odkrycie się? Nie, nie może na to pozwolić. Musi trwać uwięziona w bezdennej głębinie własnych uczuć. Zagubiona w czasie i przestrzeni. Automatycznie przeżywająca dzień za dniem. Na zawołanie przybierająca uśmiech na twarz, by się przypadkiem nie zdradzić. By uniknąć zatroskanych spojrzeń i zbędnych tłumaczeń. Nie tego potrzebuje. Błaga o odrobinę energii, wewnętrznego ciepła, które rozgrzeje jej wiecznie zziębnięte kończyny. Nie chce zamarzać. Pragnie promieniować optymizmem, być Słońcem, czyimś centrum wszechświata. Ale wzór na grawitację nie działa. Error: niepoprawne przekształcenie! Szuka błędów na karcie swojego życia. Znajduje niedociągnięcia. Usilnie stara się je wymazać. Ale ciągle pojawiają się kolejne. Nadchodzi zwątpienie. Może nie tą drogą powinna kroczyć? Może czas zmienić kierunek? Tylko po co. Przecież to nic nie da. To nie wina obranej ścieżki. Problem tkwi przecież w jej braku konsekwencji. Nie potrafi wygrać z własnym sercem, mimo ciągłych lekcji od losu. Powinna bardziej się postarać, przyłożyć do nauki i przejść dalej. Skoro inni potrafią, ona też może. A przecież zawsze była ambitna, więc się nie podda. Będzie walczyć z własnymi słabościami, aż ją dostrzeże. Dlaczego oszukuje samą siebie? Przecież nigdy nie będzie idealna. Perpetuum mobile nie istnieje. Tak jak jej odbicie w czyichś stęsknionych tęczówkach.

czwartek, 26 maja 2011

Początek.

"Ale krok za krokiem, krok za krokiem niesie cię pozytywna myśl, że nie jest źle, że to wszystko ma jakiś sens."

Krok w przód. Gonitwa myśli, wspomnienia, przeżycia, refleksje, na które nie ma czasu i miejsca. Będą pojawiać się tu, w formie takiej czy innej 'radosnej twórczości własnej'. Popchnięta przez bliżej nieznaną siłę wypadkową zakładam tego bloga. Zaczynamy!;)